Jan Swół
O aresztowaniu sześcioosobowej rodziny Wójcików ze wsi Mała w okresie okupacji byłym powiecie dębickim pisano wielokrotnie przy różnych okazjach. Dramatyczne wydarzenia i opisy z tym związane spotykamy w artykułach prasowych oraz opracowaniach dokumentujących ich przebieg. Jak wspomina Antoni Wójcik jeden z uratowanych członków rodziny, wczesna wiosna 1943 r. stała się dla rodziny wielką tragedią. Dla nieżyjących rokiem ostatnim ich życia, dla pozostałych początkiem poniewierki, życia w ciągłym strachu i stresie, często głodnych dni, nocy zimnych i mroźnych pod gołym niebem. Od relacji bezpośrednich świadków owych zdarzeń zaczniemy poznawać zdarzenia towarzyszące aresztowaniu w nocy z 2/3 kwietnia 1943 r.
Powrót do tych zdarzeń jest częścią procesu badawczego, zmierzającego do uszczegółowienia przebiegu niemieckiej prowokacji w Sokole, przy wykorzystaniu wiedzy kryminalistycznej oraz materiałów znajdujących się w zasobach archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej. Dotychczasowe ustalenia, które mają odzwierciedlenie we wcześniejszych artykułach, wykazują potrzebę takich badań. Autor jest zwolennikiem zasady, że podstawą opisów oraz formułowanych ocen, powinny być informacje pochodzące od źródeł, które każdy może zweryfikować.
Miejsce zdarzenia i jego położenie
Zanim poznamy to, co utrwaliło się w pamięci świadków w związku akcją niemieckiego okupanta, krótkie nawiązanie do malowniczego położenia wnioski oraz usytuowania domu rodziny Wójcików. Według Sabiny Wójcik[1] pierwsza wiadomość wymieniająca nazwę wsi Mała pochodzi z roku 1353. Legenda mówi, że gdy mierzono wsie i nadawano im nazwy, zabrakło czasu na zmierzenie przybliżanego terenu i ten skrawek ziemi nazwano Mała.
Prawdopodobne jest, że Mała podobnie jak sąsiednia wieś Niedźwiada, była królewszczyzną darowaną w XVI lub w początkach XVI w. właścicielom Małej, którymi byli Rafał i Elżbieta Łyczkowie. Od tego czasu wieś przynależała do dworu. We wsi mieszkali wówczas kmiecie i zagrodnicy. Jeżeli chodzi o kształt wsi, trudno jest dziś ustalić, jakim był on pierwotnie. Wioska dzieli się na dwie części: Małą Górną oraz Małą Dolną. Idąc z Kamieńca (najwyższe wzniesienie w obrębie wsi), należy przejść od Górnej Małej przez kilka przysiółków do Dolnej Małej. Wieś posiada następujące przysiółki: Folwark, Dwór, Na górze, Różańcówki, Krzyżanówki, Za górą, Granice, Miklosówka, Magierówka, Pod bucem, Porąbka i inne[2]. Domy wraz z zabudowaniami gospodarczymi rozrzucone są jak w Rzymie, na 10 wzgórzach.
Źródło: Przysiółki Małej, https://www.miejscowosc-mala.pl/przysiolki/
Mała była typową wsią rolniczą. Podstawowym źródłem utrzymania była praca na roli. W Małej istniały dwa folwarki: jeden w pobliżu kościoła, należący do powstańca z 1831 r., Bobrowicza, później zamieszkali w nim Elżbieta i Rafał Łyczkowie, właściciele wsi, drugi zaś na zachodnim krańcu wsi, nad potokiem, nazwany Pustkami[3], który był własnością Heleny i jej męża Stefana Popiela. Obydwa dwory zostały rozparcelowane między miejscową ludność w styczniu 1945 r.
Nieopodal nieistniejącego folwarku Popielów oraz od drogi prowadzącej przez wieś, znajdowało się gospodarstwo Józefa i Heleny Wójcików. Niewiele o nim wiadomo, jeżeli będziemy brali pod uwagę użytki rolne. Jak na warunki okupacyjne, Wójcikowie trudniący się tkactwem, z pewnością żyli na wyższym standardzie aniżeli wielu innych mieszkańców, zwłaszcza tych, którzy mieszkali w pobliskiej Dębicy czy Ropczycach.
Dzięki podjętym działaniom, autorowi udało się odtworzyć najistotniejsze elementy wchodzące w skład interesującego nas gospodarstwa. Mapy oraz informacje – jak założono — będą stanowić uzupełnienie relacji świadków tych zdarzeń oraz ich tragicznych następstw. Mała graniczy na północy z Niedźwiadą, na zachodzie z Głobikową, na wschodzie z Glinikiem. Na kopii mapy katastralnej od folwarku jako punktu wyjścia, patrząc w kierunku prawego górnego rogu, znajdowało się gospodarstwo Wójcików. Położone było przy polnej drodze na terenie opadającym stroną północną ku potokowi.
Źródło: Starosta Ropczycko-Sędziszowski, kopia mapy ewidencyjnej (mapa katastralna). Materiał archiwalny, udostępniono 30.09.2025.
Pomoc okazana autorowi m.in. przez Jana Czernika oraz Wojciecha Mirusa sprzyjała uzyskiwaniu przydatnych informacji. Pierwszego z wymienionych ułatwił odszukanie map oraz ustalenie zmian, jakie nastąpiły po tragicznej nocy 2/3 kwietnia 1943 r. W. Mirus nie był świadkiem zdarzenia. Informacje, jakimi podzielił się podczas wywiadu, mówią o faktach, które wcześniej nie były opisywane. Wiadomości dają pełniejszy obraz okoliczności aresztowania rodziny Wójcików oraz ułatwiają dokonywanie ocen. Oczekiwać możemy pełniejszej wiedzy o wydarzeniach mających związek z tym aresztowaniem.
Mała (11.04.2025). Droga polna prowadząca do spalonego przez Niemców domu Wójcików. Widok od strony asfaltowej drogi przebiegającej przez wieś. Zdj. arch. DZH
Wojciech Mirus o informacjach od babci
W kwietniu 2025 r. tj. 82 lata po rozstrzelaniu rodziny Wójcików na cmentarzu żydowskim w Dębicy, W. Mirus podzielił się wiadomościami o treści przytaczanej poniżej[4].
Jestem mieszkańcem Małej. Mój obecny dom stoi w miejscu, w którym w kwietniu 1943 roku wojsko niemieckie zatrzymało samochody, którymi przyjechali aresztować rodzinę Wójcików. Ja nie byłem tego świadkiem. Informacje posiadam od mojej babci Jadwigi Czarneckiej, która mi o tych zdarzeniach opowiadała. Mieszkała z mężem oraz z trzema córkami powyżej domu Wójcików. Moja mama miała wówczas osiem lat. Dziadek w domu wyrabiał tkaniny. Maszynę do ich wytwarzania widziałem osobiście.
Informacjami babci nie byłem specjalnie zainteresowany. Miałem wówczas około 15 lat. Nie dopytywałem o szczegóły. W tym domu się wychowywałem. Dom stał bliżej drogi biegnącej przez wieś. Prowadziła do niego droga polna, także do domu Wójcików a dalej do strumyka. Nie wiem, czy miał lub ma jakąś nazwę. Poniżej w bezpośrednim sąsiedztwie mieszkał Józef Wójcik z rodziną. Za gospodarstwem Wójcików nikt nie mieszkał. Od domu Wójcików w kierunku strumyka wykonano podziemny tunel (podkop), którym nastąpiła ucieczka synów Wójcików. Jego położenie jest mi znane z opowiadań, a ponadto jak uprawiałem ziemię, to widać było, że w tym miejscu było inne jej ukształtowanie, a ziemia nie była taka zbita. Po deszczu miejsce to odróżniło się od pozostałego gruntu, gdyż ziemia była bardziej wilgotna.
Niemcy jak przyjechali do Małej w czasie okupacji, to weszli do domu, gdzie mieszkała babcia. Sprawdzili, czy nie ma w domu obcych osób i wyszli. Babcia mówiła, że Niemcy otoczyli gospodarstwo Wójcików. Po aresztowaniu rodziny Wójcików podpalili dom oraz zabudowania gospodarcze Wójcików, strzelając rakietami zapalającymi z miejsca, z którym stały samochody. Rodzinę Wójcików doprowadzili do tego miejsca, gdzie stały samochody, a następnie zabrano do Dębicy na gestapo. Aktualnie w tym miejscu stoi mój nowy dom. Jak długo niemieccy żołnierze przebywali w tym miejscu – wiadomości nie posiadam.
Mała (11.04.2025). Po lewej miejsce dawnego gospodarstwa Wójcików. Na dalszym planie dom wybudowany na gruncie, gdzie Niemcy wg rozmówcy zaparkowali samochody. Fot. arch. DZH
Zabudowania Wójcików uległy całkowitemu spaleniu. Dom mojej mamy został rozebrany i po gospodarstwie tym praktycznie nie ma śladu. Chyba że na mapach. Na dawnej działce rodziny Wójcików, którą kupił mój ojciec, postawiona została najpierw stodoła, a potem ja postawiłem dom. Był to dom kupiony na innej wsi i tutaj przywieziony w elementach. Postawiony został na miejscu, gdzie kiedyś stała stodoła. Stoi w tym samym miejscu do dzisiaj. Elementy konstrukcji betonowej przy stodole, wykonane zostały przez ojca. W miejscu obecnie stojącej stodoły stał dom. Przed domem po prawej stronie od drzwi – patrząc od wyjścia z domu (przy przebiegającej drodze koło gospodarstwa) była piwnica wykopana w ziemi. Miała wejście od strony podwórza. Z piwnicy tej wykorzystywaliśmy kamienie do budowy. Po tej piwnicy nie ma śladu. W niedalekiej odległości od niej rosły dwie grusze. Część pnia jednej z nich zachował się do tego czasu. Czy gospodarstwo Wójcików było ogrodzone? Na ten temat nie posiadam wiadomości.
Mała (11.04.2025). Ukształtowanie terenu. Widok na stodołę (dawniej dom) od strony strumyka. Zdj. arch. DZH
Aktualny kształt gruntu oraz umiejscowienie budynku mieszkalnego (m1), stodoły oraz budynku gospodarczego (g1). Źródło: Starostwo Ropczycko-Sędziszowskie, kopia mapy ewidencyjnej (obręb Mała), udostępniono 30.09.2025.
Tragiczna w skutkach noc 1943 roku w Małej
W nocy w Małej pojawiły się niemiecka kolumna, idąca od strony Wielopola Skrzyńskiego. Wynika to z ustaleń Wojciecha Wójcika[5]. Z zeznań matki Bronisława Longosza wiadomo, że po aresztowaniu syna, niemiecka ekspedycja udała się do wsi Mała. Nic nie sprzeciwia się przyjęciu (poza niezgodnością daty zdarzenia), że informacja ta nie jest prawdziwa. Opis operacji podjętej przez niemieckie służby, niezgodność tę pozwala oceniać jako nieistotną dla czynionych tutaj rozważań. Nie oznacza to, że dzień aresztowania nie ma znaczenia przy rekonstrukcji interesujących nas zdarzeń.
W pierwszej kolejności wydarzenia tamtej nocy poznamy na podstawie wspomnień Antoniego Wójcika, syna Józefa i Heleny, który dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności uratował swoje życie. Jest bezpośrednim świadkiem aresztowania jego rodziny. Swoje przeżycia z tym związane upamiętnił we wspomnieniach utrwalonych piórem ponad cztery dekady później. Fakty, które zostaną przytoczone, pochodzą ze wspomnień A. Wójcika napisanych w Chicago[6]. Ta informacja wydaje się istotną z dwóch powodów. Pojawiły się bowiem wspomnienia na stronie internetowej, które nie odzwierciedlały pełnej ich treści. Po wtóre, ich autor nie formułuje oskarżeń w stosunku do osoby, której inni przypisują niegodziwe postępowania. Inaczej mówiąc, Mieczysław Bochniewicz – negatywny bohater, według innych prowokator, niemiecki konfident i zdrajca kolegów ze szkolnej ławki, nie pojawia się wprost we wspomnieniach A. Wójcika. Czym to tłumaczyć?
Świadkiem tragicznych zdarzeń był także W. Wójcik (ps. Dworzan) oraz Franciszek Wójcik – brat Antoniego. Pierwszy z nich nie był członkiem rodziny. W roku 1992 wydał książkę, w której opisał m.in. interesujące nas zdarzenia. Materiały IPN zawierają także treść jego zeznań, jakie złożył w śledztwie w 1986 r. Poznamy je niebawem. W treści pojawia się osoba M. Bochniewicza.
Antoni Wójcik o aresztowaniu członków rodziny
Czas okupacji w swoich wspomnieniach A. Wójcik nazywa nowym etapem życia w rodzinie. Dalej było ciężkie, na dodatek pod terrorem okupanta, lecz trzeba było je prowadzić. Niemcy coraz częściej i śmielej zaczęli odwiedzać wioskę – wspomina. „Na początku tylko za inwentarzem i zbożem, ale kiedy już na dobre rozgorzała na wschodzie wojna i straty były wielkie, zaczęli robić najazdy na domy położone w oddaleniu od wsi, najwięcej na takie co były w pobliżu lasu. Bo już zaczęły się tworzyć grupy, które może nic nie miały wspólnego z prawdziwą Armią Krajową, a zachowaniem swoim nie dawały dobrego świadectwa. Były to rzadkie wypadki, ale za to dla Niemców była to podstawa do robienia najazdów i niszczenia rzekomych bandytów. Zaczęto robić najazdy na odosobnione domy, zabierali ludzi, którzy w wielu wypadkach nie mieli pojęcia, za co są zabierani”[7].
Niepowodzenia Niemców na wschodzie skutkowały pojawieniem się dezerterów z frontu. Wielu wśród nich było Austriaków, którym pomagano. „Być może i między nimi byli źli ludzie, ale i tym jeżeli chcieli pomocy, była ona dostarczana. (…) Nigdy plany i nadzieje nie były i nie są gwarancją tego, na co się czeka, nasze nadzieje również pomimo wszelkiej możliwej ostrożności, zawiodły. Możliwe, że do tego przyczyniło się i to, że mieliśmy warsztaty tkackie, co powodowało, że stale do domu przychodzili ludzie i nie zawsze znajomi, bo również z sąsiednich wsi, a trzech dorosłych ludzi w domu mogło komuś być przeszkodą”[8].
Na przypuszczenia te A. Wójcik nie podejmuje próby odpowiedzi. O konsekwencjach domyślać się można po opisie okoliczności aresztowania. „Rok 1943 wczesną wiosną stał się dla całej rodziny wielką tragedią. Dla nieżyjących rokiem ostatnim, a dla pozostałych początkiem poniewierki, strachu, często głodnych dni i nocy zimnych i mroźnych pod gołym niebem.
W początku kwietnia tegoż roku o godzinie drugiej nad ranem, kiedy jak najbardziej nic nie zapowiadało żadnego niebezpieczeństwa, bo ja o pierwszej idąc do domu, niczego nie mogłem zauważyć, tym bardziej że jak zawsze pies wyszedł do mnie jak każdym innym razem, z daleka mnie wyczuł, a tej nocy jakby na ironię niczego i on nie przeczuł, widocznie jeszcze [Niemcy – JS] byli blisko trzech kwadransów od domu.
Jeszcze nie zasnąłem, kiedy pies gwałtownie zaczął szczekać i zaraz mocne pukanie do drzwi, które nie mogło nic dobrego wróżyć, tym bardziej że za drzwiami odezwał się po polsku policjant, nas trzech weszliśmy do kryjówki [A. Wójcik, brat Franciszek oraz W. Wójcik-JS]. Jeden miał legitymację Straży Pożarnej, która miała gwarantować przed łapankami i wywożeniem i Ojciec, że już podeszły wiek, to też na wywózkę się nie nadawał, poza tym byli Matka, dwie siostry i najmłodszy brat.
Kiedy byliśmy jeszcze w zasięgu [w piwnicy – JS], że słyszeliśmy głosy w domu, stało się jasne, że nie jest to jakaś łapanka, ale że zabierają wszystkich i pytają o resztę. Nie było czasu na dalsze słuchanie, zabraliśmy dwa karabiny i RKM, wypełzliśmy za ogrodzenie i tu zobaczyłem, że na każdym rogu płotu stoi po dwóch Niemców, a że ostatni wychodziłem, zauważono mnie, gdy zabezpieczałem wyjście, a że oni stali około trzydziestu metrów, a tej nocy lekko padał śnieg, choć dobrze ziemi nie przykrył, to ja pochylony nie bardzo byłem widoczny.
Ale jak zacząłem biegnąć w stronę potoku, odezwały się strzały, a kule ponad głową było dobrze słychać. Dzięki temu, że biegłem w dół, dobiegłem krzaków, a że Niemcy biegli za mną oddałem dwa strzały. Brat co pierwszy wyszedł i już był w krzakach, żeby nie dać zejść z linii ognia też oddał strzał, trzeci ten, co się u nas ukrywał, miał RKM, ale nie mógł być użyty, chociażby na jego wagę”[9].
Dla pełniejszego obrazu udanej ucieczki dodać należy, że niemieccy żołnierze ucieczką trójki mężczyzn byli chyba zaskoczeni, nie bardzo wiedzieli co robić, rakietami oświetlili teren. „Przynieśli do domu rannego Niemca, załadowali na nasz wóz, zaprzęgli krowy, a już do dnia świecili na polu. Rannego okryli pierzyną i jak się dzień zrobił, odjechali, podpalając dom i stodołę”[10]. Pisze, że pościgu nie podjęli, bojąc się ciemności. Kiedy A. Wójcik chciał podejść bliżej, żeby zobaczyć co się wokół domu dzieje, strzelano do niego i przestrzelono jego kapelusz. Pisze również, że dom był otoczony dwoma pierścieniami wojskowych. „We wsi sąsiedniej było ich jeszcze raz tyle w podobnej akcji, mieli tam samochód dla rannego, a ludzie szli jeszcze kilka kilometrów, dalej podjechały samochody i zawieźli wszystkich do Dębicy, a na drugi dzień wszystkich rozstrzelali wraz z innymi zabranymi w podobny sposób na żydowskim cmentarzu”[11].
Zanim poznamy relację innego bezpośredniego świadka, uwagi nazywające się autorowi. We wspomnieniach A. Wójcika brakuje nawiązania do daty zdarzenia, jest wzmianka o podobnej akcji Niemców w sąsiedniej wsi oraz rozstrzelaniu rodziny w dniu następnym po aresztowaniu. Nie był świadkiem zdarzenia, co prowadzi do wniosku, że o tym od kogoś się dowiedział.
Wojciech Wójcik i jego zeznania
W śledztwie[12] W. Wójcik przesłuchany został w charakterze świadka 6 listopada 1986 r. Z rodziną Wójcików był jedynie zaprzyjaźniony. W okresie okupacji musiał ukrywać się przed gestapo i korzystał z życzliwości tej rodziny. W niedalekiej odległości od domu Wójcików mieszkał Feliks Książek, pseudonim „Jastrząb”. To on wozem przewoził z Dębicy do Małej ukradziony w Soldatenheimie karabin bez zamka. Należał do organizacji podziemnej, u niego także świadek się ukrywał. W marcu 1943 r. po kilkudniowej nieobecności w domu Wójcików, W. Wójcik noc zamierzał spędzić u nich. Z treści zeznań wynika następujący przebieg zdarzeń.
(…) „Wróciłem do mieszkania Wójcików na noc z 2 na 3 kwietnia 1943 r. Wtedy Antoni, Franciszek, Józef Wójcikowie opowiadali mi o tym, że przechowywali Ciurkota, Bartkowicza i Bochniewicza. Ja równocześnie mówiłem im, że coś złego się dzieje, choć sam nie potrafiłem tego określić. Będąc u Walentego Książka, dowiedziałem się, że w domu Nicosia znajdującym się w odległości ok. 2 km od domu Wójcików – przebywają funkcjonariusze niemieccy. Na tej podstawie sądziliśmy, że przygotowują oni jakąś akcję, ale zupełnie nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Znacznie później dowiedziałem się też, że zarządca majątku dworskiego – folwarku Stefko, jeździł z żywnością dla tych funkcjonariuszy. Na tej podstawie można wnioskować, że przez dłuższy czas przebywali oni w domu Nicosia. Tu chcę zaznaczyć, że dom ten mieścił się w najbliższej odległości przy drodze, od domu Wójcików. Oni nic o tym nie wiedzieli. Gdy położyliśmy się spać – tu zaznaczam, że ja spałem z najstarszym synem Wójcika – Antonim w małej izdebce. W pewnym momencie przyszedł tam Józef Wójcik, a właściwie wbiegł, krzycząc, że są Niemcy. Ja natychmiast się obudziłem, zdążyłem naciągnąć spodnie i już słyszałem dobijanie się do drzwi i krzyki w języku niemieckim.
Antoni Wójcik, Franciszek Wójcik i ja weszliśmy do otworu, mieszczącego się w dużej kuchni, a stamtąd dostaliśmy się do pomieszczenia, a właściwie piwnicy, mieszczącej się pod tym piecem, a stamtąd przeszliśmy wykopem do bunkra, mieszczącego się pod szopą. Wzięliśmy stamtąd broń i przeszliśmy przekopem pod płot ogrodzeniowy. Przekop ten z wierzchu nakryty był drzwiami, które z kolei przysypane były śniegiem.
Mnie udało się, własnym ciąłem podnieść te drzwi z jednej strony i powstałym w ten sposób otworem zaczęliśmy kolejno uciekać. Ja uciekałem na wprost do rzeczki, a stamtąd czołgałem się koleinami w kierunku przeciwległego wzgórza. Anton i Franciszek uciekali w stronę lasu.
Niemcy strzelali w kierunku uciekających rakietami świetlnymi oraz oddawali całe serie z broni maszynowej. Mnie udało się uciec i obydwóm Wójcikom również. (…) Tu zaznaczam, że syn Stefan Wójcik krytycznej nocy nie przebywał w domu. Całą rodzinę Wójcików aresztowaną wtedy w domu – w późniejszym terminie tj. 11.IV.1943 r.- rozstrzelano wraz z Adamem Ciurkotem i innymi chłopcami ze szkoły mechanicznej na cmentarzu żydowskim w Dębicy”.
Komentarz kryminalistyka
Treścią zeznań świadek wypowiedział się na temat zdarzeń mających bezpośredni związek z okolicznościami aresztowania i jego ucieczki. Zeznaje także o okolicznościach poprzedzających aresztowanie. Wiadomości posiada od innych, lecz nie podaje nazwisk. Osoby przekazujące świadkowi informacje, to potencjalne źródła informacji. Świadek podał także datę rozstrzelania rodziny Wójcików, Adama Ciurkota oraz innych chłopców szkoły mechanicznej. Ich nazwisk nie zawiera protokół przesłuchania. Wiadomo nam z zeznań W. Longosz, że w mogile oprócz syna i rodziny Wójcików były jeszcze cztery inne osoby[13].
Organ przesłuchujący nie ustalał, od kogo świadek miał informacje na ten temat. Jednym z nasuwających się wyjaśnień takiego stanu rzeczy, może być założenie, że fakty te znane były na podstawie innych źródeł oraz zostały uprawdopodobnione na tyle, że nie wymagały przeprowadzania innych dowodów. Tych źródeł informacji musimy poszukiwać, natomiast znane opisy i ustalenia autorów publikacji konfrontować. Tylko w ten sposób możemy wyjaśnić pojawiające się wątpliwości.
Dzień 11 kwietnia 1943 r. to niedziela. Dwie kwestie nasuwające się w tej chwili. Jakie okoliczności dyktowały konieczność dokonania egzekucji właśnie w tym dniu? To pierwsze pytanie, na które powinniśmy poszukiwać odpowiedzi. Autora zastanawia również, z jakiego powodu, ten szczególny dzień w tradycji chrześcijan (niedziela), nie stanowi punktu odniesienia do określenia czasu, tych dramatycznych zdarzeń w relacjach osób wypowiadających się na ten temat. Liczba tych osób jest stosunkowo duża i we właściwym czasie poznamy, jakimi wiadomościami podzielili się świadkowie podczas przesłuchań. W chwili obecnej pisanie o tym jest zbędne.
O wydarzeniach w nocy 2/3 kwietnia 1943 r. na podstawie wspomnień W. Wójcika
Relację poznamy dzięki opisowi w książce (z 1992 r.), której jest autorem[14]. Wspomina o faktach oraz swoich przeżyciach, które nie mają odzwierciedlenie w protokole przesłuchania. Czy okoliczność, że w 1984 roku ukazała się książka A. Stańko[15], mogła mieć wpływ na treść niektórych fragmentów wspomnień?
Stało się to wiosną 1943 roku. Akcja zniszczenia przygotowywana była planowo i starannie. Dla uniknięcia jakichkolwiek trudności, Gestapo oraz załoga powiatowej policji kryminalnej, wzmocnione zostały oddziałem SS z garnizonu Truppenübungsplatz Pustków. Przybyli od strony Wielopola. Napotkanych w trakcie ubezpieczonego marszu, odstawiali pod strażą, aby nie robili alarmu. Otoczyli całe obejście domu. W takich akcjach mieli doświadczenie. Na tyłach frontu wojny wykazywali bezbłędne działanie. I tutaj też, w cichym zakątku wioski, pod małym laskiem Krzyżanówek, przygotowali się z całą precyzją do napadu.
Noc nie była ciemna. Nie było problemu szczelnie otoczyć zaplecze domostwa od strony lasu, rozstawi grupy wojska SS poza ogrodzeniem od strony południowo wschodniej. Reszta ustawiła się z frontu domu. Tutaj nie było płotu. Podwórze otwarte było na południową stronę, dom odcinały tam drzewa owocowe, rosnące wzdłuż dróżki prowadzącej do szosy.
Godzina była pierwsza lub druga w nocy. W domu było ciemno. W pewnym momencie w drzwi uderzyły kolby. Ja spałem w małej izdebce, po lewej stronie sieni z najstarszym synem Antkiem. Reszta spała w dużej izbie, po drugiej stronie sieni. Prawie równocześnie z głośnym łomotem uderzeń w okna i drzwi, usłyszałem głos gospodarza domu – Niemcy !!! Obudziłem się nagle z błyskawicznym uściskiem w sercu. Antek też wyskoczył ze swego posłania i tak w kalesonach i koszuli wbiegliśmy do dużej izby. Chwyciłem gwałtownie spodnie, które miałem pod ręką.
W izbie stali wszyscy osłupiali. Matka, w długiej białej koszuli stała w środku, a obok Wikciu, Bronia, Władek, mały Stasiu, wreszcie Franek, a za nim ojciec. Wszyscy byli przerażeni. W przerwach uderzeń słychać było głośne wołania. Cóż, ojciec musiał otworzyć. Wprawdzie drzwi i okiennice były solidne, ale jak długo wytrzymają?…
Matka bez słowa pokazała nam otwór pod kuchennym piecem. Franek i Antek wtoczyli się do piecowej jamy, a ja za nimi. Usłyszałem jeszcze głos Władka, który na naleganie matki odpowiedział, że on nie pójdzie. Wejściu do otworu piwniczki towarzyszył mi widok skamieniałej twarzy jakby bez krwi.
Byliśmy już w jamie małego pomieszczenia na ziemniaki pod kuchennym piecem. Przerażony, nie straciłem jednak przytomności. Przecież nieraz w mojej tułaczce wyobrażałem sobie, że taka sytuacja może nastąpić. Mimo ciasnoty zdążyłem wciągnąć spodnie i podpasać się pasem. Ładowałem szybko amunicję, która podał mi jeden z moich towarzyszy, do zanadrza koszuli. Byliśmy chyba jednomyślni, że będziemy walczyć do końca, który przecież wkrótce nastąpi. Odebrałem też RKM. Zajęci w ciemności zabieraniem broni z istniejącego tam składu, nie zdawaliśmy sobie sprawy, co dzieje się w mieszkaniu. Mieliśmy słabą nadzieję, że jest to tylko jakaś rewizja, która pomyślnie się zakończy.
Sekundy mijały …
Za obu braćmi przesunąłem się pod przycieś ściany domu i znaleźliśmy się w znanym mi schronie pod przybudówką szopy, dobudowanej od północnej strony domu. Tutaj słychać było niebezpieczne dudnienie koło domu, a nad naszymi głowami licznie biegających i straszliwie wrzeszczących Niemców. Słychać też było głośny płacz bitych widocznie domowników. Zdałem sobie sprawę, że teraz wystarczy, by napastnicy rzucili do piwnicy naszego schrony granat, byłoby wówczas po walce.
Penetrowanie domu, stajenki i strychu zabrało im trochę czasu. Dotąd nie spostrzegli, że pod podłogą przybudówki może też coś być. Dało nam to cenne sekundy czasu do dalszego działania. Ja, osobiście byłem zdeterminowany do ostatecznej walki. W moich modlitwach, które mi prawie zawsze towarzyszyły we wszystkich chwilach mojej tułaczki, polecałem się opiece Bożej. I teraz też, w tej najkrytyczniejszej chwili ludzkiej beznadziejności, zwróciłem się gorąco do Wszechmocnej Opieki Boga i Jezusa Pana i Króla, a także do Matki Syna Bożego. Prosiłem o łaskę życia. Uważałem, że obowiązkiem moim jako Polaka i zaprzysiężonego Ojczyźnie żołnierza, jest walka do ostatniego tchu życia.
Gdy cisnęły się te myśli, nagle stwierdziłem – ku mojemu zaskoczeniu – że jest jeszcze inna szansa.
Nie doceniałem inteligencji rodzinnej tych ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że należąc do podziemnej organizacji wojskowej, mogą być w każdej chwili narażeni na najgorsze. Dopiero w tej chwili dotarł do mnie fakt, że cała rodzina, wszyscy razem, wybudowali przekop od bunkra szopy do płotu. Budowali go w tajemnicy, nawet mnie o tym nie mówiąc. Wśród obecnych w domu nie było jednego z synów, Stefana, który ukrywał się przed poborem do junaków….
Najwyższy był już czas na decyzję dalszego działania, bo Niemcy świecili już pomiędzy belki szopy, która była powałą bunkra. Okazało się jednak, że pokrycie wyjścia z lochu było przymarznięte i że tam, od północnej strony w ogródku, jest jeszcze śnieg. Gdy usłyszałem słowa Antka, starszego z braci, że nakrycie nie puszcza, zorientowałem się, o co chodzi. Podsunąłem się do przodu. Przekop nie był szeroki, a drzwi od chlewika, przykrywające wejście, też nie były duże. Momentalnie zdecydowałem się podważyć nakrycie bokiem, koło ściany. Podparłem się mocno i drzwi nakrycia ruszyły, mimo ciężaru zamarzniętej grudy ziemi. Wszystko to odbyło się błyskawicznie. Nic innego nie dało się wtedy wymyśleć.
Powoli przesunąłem nad głową ciężkie nakrycie. Zobaczyłem rąbek zbawczego, zdawało się, jasnego nieba. Wysunąłem głowę i zobaczyłem stojących za płotem Niemców. Z lewej i prawej strony stali grupkami po kilku. Wpatrzeni byli, czy wsłuchani w akcję rozgrywającą się w samym domu. Stwierdziłem to, widząc miganie ogników palonych przez nich nerwowo papierosów. W ogólnym rumorze i wrzaskach nie zwrócili uwagi na szmery podnoszonych drzwi i opadającej grudy ziemi.
Opanowałem się na tyle, że cofnąłem broń przegotowaną do strzału, dałem susa, a za mną towarzysze. Wtedy usłyszałem pojedynczy strzał, a za moment rozszalało się piekło ognia z broni maszynowej. Rozbłysła rakieta, a za nią druga i następna. Zrobiło się przeraźliwie widno. Biegnąc prostopadle do domu [raczej od domu?- JS], wpadłem na strumyk. Rosły tu pojedyncze, niezbyt grube olchy. Zdrętwiałe nogi nie chciały mnie nieść, ale myślałem jasno i ściśle. Muszę odbiec jak najdalej. Kule świstały naokoło, choć niecelnie, strzelano w pośpiechu. Jeszcze parę kroków muszę zrobić. Pomyślną okolicznością było to, że tuż za doliną rzeczki była dróżka biegnąca skosem poniżej położonego mostku. Po kilkususowym przeskoczeniu, na wznoszący się za dolinką rzeczki teren przeciwległego pagórka, wsunąłem się w koleinę wyżłobionej przez deszcze dróżki. Mimo że kule świstały jeszcze bardziej, zakryty częściowo wąwozikiem pełzałem, oddalając się od strzelających Niemców. Gdy mijałem rosnący przy drodze krzak dzikiej róży, czy też głogu, w głąb tego zakrzaczenia wsunąłem broń, którą niosłem. Uważałem to, za jedyne wyjście, brakowało mi już oddechu w tej dramatycznej ucieczce.
Żyłem ! -.
Niedaleko wyżej na prawo, była zadrzewiona polanka i gdy znalazłem się między pieńkami drzewek, a następnie poza nimi, cisnące się myśli nakazywały, mimo ostatecznego wyczerpania – uciekać, jak najdalej uciekać. (….) Tymczasem Antek i Franciszek uskoczyli koło płotu, w stronę lasu. W bieliźnie i boso, na tle bielejącego płatkami śniegu, udało im się również zbiec. Co przeżywali, nigdy się o tym nie dowiedziałem[16].
O aresztowanych napisał: „Niewinni, a tyle cierpieli. Okrutni siepacze pędzili ich następnie szesnaście kilometrów, skutych razem, związanych drutem, by w trybie doraźnym zabić ich na cmentarzu żydowskim w Dębicy”[17].
Zakończenie części pierwszej
Źródła informacji, na podstawie których opracowany został tekst artykułu, dostarczyły wiedzy, która obejmuje nie tylko sam fakt aresztowania. Wzbogaca dotychczasową wiedzę o nieznane (czy też pomijane w opisach) okoliczności interesującego nas zdarzenia. Tam, gdzie to możliwe, a zwłaszcza kiedy pojawiają się sprzeczności oraz rodzą się wątpliwości, stawiać należy pytania i poszukiwać na nie odpowiedzi. To jest pożądany kierunek działania, pozwalający oddzielić fakty od wyobrażeń o nich. Jeżeli zdążamy do poznania prawdy, musi być miejsce dla pytań, które poddają w wątpliwość wiarygodność dotychczasowych opisów interesujących nas zdarzeń.
Informacja W. Wójcika, że skradzioną broń przewoził wozem Feliks Książek (ps. Jastrząb), dyktuje potrzebę zwrócenia uwagi na ustalenie A. Stańko wg, którego chłopcy (M. Bochniewicz, Z. Bartkowicza i A. Ciurkot) dostarczyli broń do Wójcików w Małej. Ta niezgodność musi być brana pod uwagę, ponieważ okoliczności wyniesienia broni z budynku były dotychczas pomijane w opisach.
Z zeznań W. Wójcika wynika, że broni przewożona była w dzień targowy. Jeżeli przyjmiemy, że takim dniem była środa, jej transport mógł odbywać się: 3, 10, 17, 24 lub 31 marca. Dwie ostatnie soboty, raczej nie powinniśmy brać pod uwagę. Budując możliwe scenariusze, rozważyć należy czy np.: transport broni wymagał udziału wymienionych wcześniej osób? Gdzie przechowywana była broń po kradzieży a przed wywiezieniem jej do Małej? Z jakiego powodu karabin nie został przekazany dębickiemu dowództwu AK? Pytań można sformułować więcej.
Wieś Mała zaczęliśmy poznawać, po przybliżeniu opisu naszkicowanego przez Sabinę Wójcik. W pracy tej jest także nawiązanie do tragedii rodziny Wójcików. Autorka przytacza na tę okoliczność m.in. fragment tekstu z pamiętnika Karola Kubika[18].
„Cała wieś obudziła się ze snu w wielkim popłochu, nie wiedząc, co się stało. Każdy wychodził przed swój dom, bojąc się podejść bliżej, aby coś się dokładnie dowiedzieć. Każdy był przekonany, że we wsi są Niemcy, a nie wiedzieli tylko, czy będą palić całą wieś, czy pozostanie na tym, co się pali. Strzałów było bardzo dużo. Nie tylko słychać było strzały karabinowe czy broni maszynowej, ale nawet często wybuchały granaty. Niemców było bardzo dużo. Całe gospodarstwo okrążone było przez nich dość gęsto. Jeden stał, drugi leżał na ziemi czy klęczał przygotowany do strzału, ale oni nie strzelali. Strzały, które słychać było, od samego początku pochodziły z ognia. Wójcikowie w swoim zabudowaniu mieli cały magazyn broni, granatów i różnej amunicji. Aby nie wilgotniała, chowali ją za strzechę, a gdy płomień obejmował dachy, amunicja i granaty, wybuchały. Widać było na boku grupę Niemców (ok.50). Dom Wójcików położony był w dolinie między dwiema potężnymi górami złączonymi w jednym końcu ze sobą, tak, że dom ten był naokoło otoczony górami. Po wycofaniu się Niemców z tego domu widać było, że nie czuli się pewnie w tym terenie, bo szli w szyku bojowym, przygotowani do przyjęcia walki. Widocznie spodziewali się, że Polacy mogą zorganizować na nich zasadzkę, dlatego szli bardzo ostrożnie, aby nie pozwolić się zaskoczyć”[19].
Autorka dotarła do innego źródła oraz informacji, która może być przydatna w rekonstrukcji interesujących nas zdarzeń[20]. „Wójcików prowadzono na stracenie obok szkoły w Małej. Dzieci podbiegały do okien, by zobaczyć kogo i gdzie prowadzą Niemcy. Interweniowali nauczyciele w obawie, że Niemcy rozdrażnieni tym, że są obserwowani, rozpoczną dalsze represje. Wszyscy zostali zabrani do Dębicy, a 11 kwietnia rozstrzelani na cmentarzu żydowskim. Po wojnie zwłoki ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły na cmentarzu parafialnym w Dębicy”[21].
Rodzinna fotografia Wójcików. Stoją od lewej: Franciszek, Antoni, Staś, Władysław, Stefan. Siedzą od lewej: Bronisława, Helena (matka), Józef (ojciec). Wiktoria. Źródło: S. Wójcik, Parafia Mała.., źr. cyt., s. 93.
Krótka refleksja po przytoczeniu tych informacji. Autor uzyskał informację od Anety Król, że w okresie okupacji w Małej była szkoła oraz jej filia, która mieściła się w nieistniejącym już budynku na terenie folwarku. Ustalił także, że w dniu aresztowania tj. 3 kwietnia była sobota. Przemarsz osób aresztowanych prawdopodobnie odbywał się po rozpoczęciu lekcji. Przemieszczali się w kierunku skrzyżowania z drogą Wielopole – Dębica. Zwróćmy uwagę, że S. Wójcik przytacza wspomnienia, ale także źródło, z którego wykorzystała informacje. Nie wiadomo, kiedy pamiętnik został napisany? Może to mieć znaczenie. Wiedza na ten temat ułatwi ocenę wiarygodności informacji, a przynajmniej ich części.
Fragment zawierający opis K. Kubika, zachowania się niemieckich żołnierzy dokonujących zabezpieczenia terenu przedstawia inaczej, niż wynika to z relacji bezpośrednich świadków zdarzenia. Dyktuje to potrzebę analizy i oceny, co osoba opisująca widziała (mogła widzieć), co wynika z jej przypuszczeń bądź jakie informacje uzyskała od innych. Konieczność sprawdzeń uwidacznia się także z innego powodu. W relacjach A. Wójcika i W. Wójcika informacji o wybuchających granatach nie ma.
Na dwie inne kwestie związana z aresztowaniem należy zwrócić uwagę. W książce W. Wójcika jest napisane, że aresztowanych, skutych i związanych drutem pędzono przez szesnaście kilometrów. Kto był źródłem informacji dla tych ustaleń? Nie dowiemy się. Podobną sytuację mamy przy ocenie K. Kubika, że szyk bojowy marszu niemieckiej wyprawy, podyktowany był obawą ataku ze strony partyzantów. Nie ma powodów do podważania opisanego faktu. Wobec braku źródła, które pozwoliło wyprowadzić K. Kubikowi taki wniosek, jest miejsce, do postawienia hipotezy, że było to działanie zamierzone, obliczone na efekt prewencyjny. Inaczej mówiąc, chodziło o demonstrację siły, odstraszanie oraz pokazanie bezwzględności działań okupanta.
Kolejna kwestia. Stańko ustalił, że wśród Niemców, którzy przyjechali aresztować Wójcików, rozpoznano M. Bochniewicza[22]. Kto go rozpoznał, nie uważał za stosowne napisać. W okolicznościach, o jakich mówi Bolesław Frydryk, rozpoznanie Bochniewicza było możliwe. Któremu z mieszkańców Małej był on znany poza członkami rodziny Wójcików? Jeżeli przyjmiemy za poprawne ustalenie A. Stańki, że żandarm z Wielopola Wilhelm Jaki współpracował z AK, to można zakładać, że efektem tej współpracy powinny być informacje o przygotowywaniu akcji w Brzezinach oraz Małej. Dalej idących wniosków nie ma potrzeby formułować. To nawiązanie miało służyć przypomnieniu, że każdemu zdarzeniu przyporządkować należy przyczynę, skutki i następstwa.
Kierunki dalszych badań
Sam fakt aresztowania rodziny Wójcików nie budzi wątpliwości. Z uwagi na skąpy zasób informacji, próba analizy czynności wykonawczych poprzedzających aresztowanie, wydaje się przedwczesna. Podjęcie takiej próby powinno jednak nastąpić. Może to ułatwić określenie przybliżonego czasu kradzieży broni. W dalszym ciągu nie jest znany kolega Bronisława Longosza, który został aresztowany wcześniej. Nie ma przeciwskazań, żeby nie dawać wiary twierdzeniom jego matki, że to nieznany nam kolega „sypnął” syna[23]. Osoby tej należy poszukiwać w drodze analizy koleżeńskich (organizacyjnych) kontaktów na podstawie wszystkich dostępnych źródeł. Był członkiem tajnego nauczania[24].
W świetle opisów A. Wójcika i W. Wójcika, niewiadomą, której nie jesteśmy w stanie logicznie wyjaśnić, to brak oskarżania M. Bochniewicza przez A. Wójcika, za przyczynienie się do śmierci członków jego rodziny. Inną sytuację należy brać także pod uwagę, dążąc do poprawnej rekonstrukcji zdarzeń. W. Wójcik zeznał w śledztwie, że karabin bez zamka skradziony w Domu Żołnierza przewoził z Dębicy do Małej wozem Feliks Książek. Jeżeli poprawne są ustalenia, iż Bochniewicz był niemieckim konfidentem, uczestniczącym w niemieckiej prowokacji, poszukiwać musimy logicznego wytłumaczenia na pytanie: Co spowodowało, że F. Książek nie znalazł się w kręgu osób, którymi interesowało się dębickie gestapo? W dniu 5 kwietnia 1943 r. Niemcy aresztowali Ciurkota i Bartkowicza oraz dalszych siedmiu członków AK. Wszyscy byli uczniami[25].
[1] S. Wójcik, Parafia Mała w latach II wojny światowej (1939–1945), niepublikowana praca magisterska, Wydział Teologiczny PAT w Krakowie, Tarnów 2006. Na informacjach wykorzystanych z tego źródła przybliżono historię wioski (s. 14–36).
[2] Zob. Przysiółki, https://www.miejscowosc-mala.pl/przysiolki/, dostęp 31.12.2025.
[3] F. Sulimierski: Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych Krajów Słowiańskich, Warszawa 1885, T. VI, s. 25 (za S. Wójcik, Parafia Mała…, źr. cyt.).
[4] Wypowiedź z 11.04.2025 r. autoryzowana.
[5] W. Wójcik, Zapach dymu… Wspomnienia „Dworzana” z Dębicy, nakł. aut., Dębica 1992.
[6] A. Wójcik, Kromka chleba i łzy, wyd. II uzupełnione, Chicago 1988, red. wydania Wiktor Nowowiejski, Wyd. WICI 3104 N. CICERO, Chicago, IL 606641, Przedmowa dr Barbara Leś (s.4–6), (ksero ze zbiorów prywatnych).
[7] A. Wójcik, Kromka chleba …., wyd. cyt., s. 49.
[8] Tamże, s. 50.
[9]Tamże, s. 50–51.
[10] Tamże, s. 51.
[11] Tamże.
[12] Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Rzeszowie, sygn. akt Kpp 5/86.
[13] R. Pajura w publikacji z 2022 r. pisze o 17 osobach rozstrzelanych 11.04.1943. Jesienią 1943 r., w bliżej nieznanych okolicznościach miało zostać rozstrzelanych również 11 osób. Zob. J. Swół, Ciąg dalszy historii związanej z ucieczką Zbigniewa Bartkowicza, https://zeszytydebickie.pl/2025/12/11/ciag-dalszy-historii-zwiazanej-z-ucieczka-zbigniewa-bartkowicza/, opublikowano 11.12.2025.
[14] W. Wójcik, Zapach dymu…, wyd, cyt.
[15] A. Stańko, Gdzie Karpat progi. Armia Krajowa w powiecie dębickim, Inst. Wyd. Pax, Warszawa 1984.
[16] W. Wójcik, Zapach dymu…, wyd. cyt., s. 100–103.
[17] Tamże, s. 103.
[18] K. Kubik, Pamiętniki 1939–1945, maszynopis,( b.m. r.). Bliższych danych brak.
[19] S. Wójcik, Parafia Mała w latach…, wyd. cyt. s. 57–58.
[20] Tamże, s. 58–59.
[21] Relacja Bolesława Frydryka, nagranie VHS z 1996 r., udostępnione przez Joannę Książek z Małej.
[22] J. Swół, O prowokacji w dębickim Sokole – hipoteza druga, https://zeszytydebickie.pl/2025/06/03/o‑prowokacji-w-debickim-sokole-hipoteza-druga/, opublikowano 3.06.2025.
[23] J. Swół, Powrót do zdarzeń. Okoliczności aresztowania Bronka Longosza w Brzezinach, https://zeszytydebickie.pl/2025/10/20/powrot-do-zdarzen-okolicznosci-aresztowanie-bronka-longosza-w-brzezinach/, opublikowano 20.10. 2025.
[24] A. Stańko, Gdzie Karpat …, wyd. cyt., s. 273.
[25] Tamże, s. 80.






